... znajduje się na szlaku Archipelag Pamięci. Zobacz mapę szlaku.

Ci, którzy pozostali

Tablica znacząca szlak znajdująca się na terenie Parku im. Fryderyka Chopina w Międzyzdrojach

Wielu najstarszych mieszkańców wysp Wolin, Uznam i Karsibór ciepło wspomina nielicznych Niemców, którzy zdecydowali się pozostać – na terenie Archipelagu. Ich dalszy pobyt na terenie naszego kraju po wojnie był możliwy w przypadku posiadania polskich korzeni, lub za sprawą wykonywania przydatnego w tamtym okresie zawodu (aby dowiedzieć się więcej na ten temat udaj się do kościoła w Ładzinie).

Czasem pomagały związki rodzinne lub małżeńskie. Przykładem Niemki, która nie wyjechała z Archipelagu była Pani Herta z Lubina. Zaraz po wojnie poślubiła ona byłego żołnierza, który przybył do wioski jako jeden z pierwszych polskich osadników. Pani Herta mieszkała w Lubinie do początku lat dwutysięcznych, „na stare lata” przeniosła się do Wolina. Dla mieszkańców wioski była przede wszystkim dobra sąsiadką, osobą z którą przez lata wspólnie żyli i pracowali. Kobietą, która tak jak oni znosiła trudy pierwszych lat po wojnie (aby dowiedzieć się więcej na ten temat udaj się do Muzeum Bunkier V3 w Wicku), a potem przez lata angażowała się w życie społeczności.



Wśród pozostałych na terenie Archipelagu Niemców było również wielu rybaków, którzy uczyli polskich osadników tego trudnego fachu, umożliwiając im zaspokojenie potrzeb żywnościowych. Szczególne miejsce w pamięci mieszkańców zajmuje jednak trójka międzyzdrojan: Eryk von Zedtwitz, Alferd Torst i Britta Wuttke. Każdy z nich został w ostatnich latach upamiętniony przez władze miasta.

Tytuł Honorowego Obywatela Międzyzdrojów przyznano Brittcie Wuttke w maju 2010 r. Laudacje przy tej okazji wygłosił prezes Zachodniopomorskiego Związku Literatów, prof. Andrzej Sulikowski:

Szanowna Rado! W imieniu Związku Literatów Polskich chciałbym serdecznie podziękować za to, że przyznajecie takie wyróżnienie osobie, dla środowiska zachodniopomorskich literatów, zupełnie niezwykłej. Legenda Pani Wuttke żyje ciągle. Kiedy przybyłem tu z Krakowa w 1995 r. już o niej słyszałem.

Dalej profesor Sulikowski nawiązał do tematu polsko-niemieckiego pojednania:

Problem odbudowy dwustronnych kontaktów od lat leżał mi na sercu. Teraz do nas dochodzi, że także po stronie niemieckiej byli ludzie skrzywdzeni przez faszyzm. Uważam, że Międzyzdroje budują ważny most pomiędzy kulturą polską i niemiecką. Jest to śmiała decyzja rady… ja sam jako krakowianin myślałem czy Kraków mógłby podjąć taką decyzję? Wątpię! W Krakowie by to nie przeszło!

Goethe mówił, że istnieją jednostki, które niosą w sobie światło.

Są postaci słoneczne, gdy takich spotykam wiem, że oświetlają drogę mojej twórczości – przywoływał niemieckiego poetę profesor. – I kimś takim w naszym stuleci jest Pani Wuttke. Jest słońcem oświetlającym te bardzo bolesne sprawy. Sprawy kultury zamordowanej, zniszczonej i potem z trudem budującej się kultury polskiej.

Kim jest Britta Wuttke? Ta słoneczna postać, która ma mieć tak duże znaczenie dla polsko-niemieckiego dialogu?
Britta Wuttke dziś, fot. A. Kubasik

Pomorze zachodnie, Międzyzdroje na wyspie Wolin, rok 1945. Mieszkający tu Niemcy muszą opuścić swoje domy. Przybywają Polacy i radzieccy żołnierze. Jednak nie wszyscy Niemcy decydują się na emigrację. Są rodziny, które postanawiają pozostać i w takiej właśnie rodzinie „budzi się” Britta Wuttke. Urodziła się pięć lat wcześniej, ale jak mówi sama, właśnie wtedy dokonała „skoku w świadomość”.

Mama stwierdziła, że wkrótce wrócą nasi to zostaliśmy i czekaliśmy, aż wrócą. Bylibyśmy wtedy wysiedleni, ale decyzja należała do Pana B., którego ojciec chlał i palił papierosy z moim dziadkiem… dzięki temu mogliśmy zostać. Ja natychmiast postanowiłam, że jak będę dorosła to będę wódkę pila i paliła, żeby moich wnuków nie wysiedlili – opowiada Britta.

Debiut literacki Britty to autobiograficzna powieść „Homunculus z tryptyku”. Narratorką jest dziewczynka, później już dziewczyna i dorosła kobieta wychowana w dwu językach, w dwu kulturach, zbuntowana przeciw mieszczańskiej tradycji moralnej, przeciw niemieckiej przeszłości. Wrastająca w polskość nie bez wstrząsów i rozczarowań – jak napisze w przedmowie do powieści Witold Nawrocki.

Britta mówi o sobie, że jest Polką z wyboru, a uderzyło ją to w wieku 17 lat, kiedy pierwszy raz odwiedziła Berlin.

W domu mówiłam po niemiecku, na zewnątrz po polsku. Furtka była granicą. Polacy mówili, że Niemcy są źli, mama mówiła, że Polacy są źli. Ta biegunowość!

Wychowana pomiędzy dwoma biegunami, polskim i niemieckim, musiała połączyć je w sobie:

Ulice znam również podwójnie: na użytek domowy i zewnętrzny. Czasami w obecności mamy złośliwie się mylę i sprawia mi to uciechę w samym środku mojego ja. Babcia – szydełkując lub udając zaczytaną – przysłuchuje się temu z uśmiechem. Mama zaraz się żachnie, a potem będzie taktakowała.
(B. Wuttke, „Homnculus z Tryptyku”, Poznań 1970 r.)

Obecnie mieszka w Berlinie. Jest cenioną lekarką. Zajmuje się medycyną naturalną, medycyną wschodu. Uczy akupunktury. Była redaktorem naczelnym polsko-niemieckiego periodyku literackiego „Wir”. Jako pisarka ceniona jest po obu stronach Odry.

Britta miała problem z określeniem słowa „nasi”. Do jakiego „My”może się dopasować? Polskie okreslenie „Niemcy” to „nie my” – czyli „oni”. Nie żadni niemi. Przecież włosi też są dla nas niemi – powtarza często. A więc po której być stronie? A właściwie co oznacza być Niemcem zaraz po wojnie?

Halina woła za mną „Niemra!”. To słuchowo brzydkie. Wolę „Niemka” lub „Szwabka”. Krystyna, Luśka i chłopcy nie biorą w tym udziału. To dobrze bo ich lubię i byłoby to przykrzejsze. Sprawa ogranicza się jak gdyby do dziewcząt z Świerczewskiego, jest taka niby zaściankowa. Dziś tamte po lekcjach znowu na mnie czekały. Widzę je z daleka już chowając się za dębem. Nie, nie zawracam. Kiedyś uciekałam przez las – nie zrobię już tego. Nie do wiary, ale zajścia te sprawiają mi jakąś wręcz sadomasochoistyczną radość i jednocześnie boję się ich.

(B. Wuttke, „Homnculus z Tryptyku”)

Britta odnalazła siebie w niesieniu pomocy innym. Po skończeniu studiów medycznych powróciła do Międzyzdrojów. Leczyła ludzi – często za darmo. Swoją pieczą objęła najbiedniejsze rodziny. Na uroczystość wręczenia tytułu Honorowego Obywatela przychodzili ludzie z bukietami kwiatów. Pani doktor uratowała mi życie! – mówili. Jej miłością stał się Dom Dziecka w Lubinie, małej wiosce niedaleko Międzyzdrojów. Pomagała jako lekarz i szybko stała się częścią Domu. Przyjacielem wychowanków i opiekunów. Ta miłość trwa do dziś. Ten Dom istnieje! Naprawdę istnieje… Tu jest także i mój Azyl! – mówi.

W 1981 r. wyjechała na kilka dni do Berlina. W czasie tego wyjazdu w Polsce wybuchł stan wojenny. Stała się jeszcze inna tragedia. W wyniku pożaru zniszczony został rodzinny dom Britty. Postanowiła zostać w Berlinie. Jednak cały czas była bliska swych rodzinnych stron.

W swej książce Btitta Wuttke wspomina hrabiego Eryk von Zedtwitza, który zasłynął jako malarz uwieczniający na płótnach najróżniejsze oblicza Morza Bałtyckiego. Zedtwitz był naturszczykiem i samoukiem – malarstwa nie uczył się w żadnej ze szkół. Jego obrazy zachwycały jednak jemu współczensych i poruszały wyobraźnię nastepnych pokoleń. Hrabia sprowadził się do Międzyzdrojów w 1926 r. Miał wtedy już 39 lat, żonę, trójkę dziecki, a za soba bogatą karierę w dyplomacji.
Dom, w którym mieszkał hrabia Eryk von Zedtwitz, fot. A. Kubasik

Ród von Zedtwitzów był spokrewniony z książętami bawarskimi i saksońskimi, a nawet dynastią Habsburgów. Eryk urodził się w 1887 r. w mieście Teplitz w Czechach. Studiował prawo na Uniwersytecie w Pradze i Wiedniu, po czym rozpoczął pracę w niemieckiej i włoskiej dyplomacji. Podobno znał dziesięć języków, jego pochodzenie i wykształcenie czyniły go prawdziwym obywatelem przedwojennej Europy. Po jakimś czasie osiadł w Monachium, gdzie pracował jako dziennikarz. Rozwój niemieckiego nazizmu sprawił jednak, ze ten kosmopolita i pacyfista coraz gorzej czuł się w stolicy Bawarii. Postanowił wyjechać na prowincję, do odległych Międzyzdrojów, w których piękno przyrody obudziło jego duszę artysty. Malarstwo stało się sensem jego życia i źródłem utrzymania.

W czasie wojny hrabia von Zedtwitz został osadzony w obozie pracy w Wałczu. Bezpośrendim powodem zesłania była odmowa wznoszenia okrzyku „Heil Hitler!”. O tym, że hrabia jest przeciwnikiem nazizmu wiedzieli wszyscy, z pisemnych relacji z tamtych czasów wynika, że pomagał on równiez Żydom.

Po wojnie Zedtwitz przyjął polskie obywatelstwo. Był niezwykle barwną postacią, wzbogacającą kulturalny i społeczny obraz ówczesnych Międzyzdrojów. Zedtwitzowie nie żyli zbyt bogato, można wręcz powiedzieć, że klepali biedę. Nie były to czasy, w których malarstwo mogło przynieść większy dochód. Dla hrabiego najwazniejsze było jednak, że może żyć spokojnie w pobliżu morza, które tak go fascynowało i w otoczeniu sztalug i pędzli, które tak pokochał. I nikt już nie kazał mu wznosić okrzyków, na które nie miał ochoty.

Międzyzdroje – miasto, które hrabia pokochał – doceniły jego dziedzictwo. W czerwcu 2012 r., w Parku Chopina odsłonięto pamiątkową tablicę poświęconą Erykowi von Zedtwitzowi, którmu nadano również tytuł „Zasłużonego dla Międzyzdrojów”.

Ten sam tytuł przyznano również doktorowi Alferdowi Trostowi, który w latach 1945–46 był jedynym lekarzem w Międzyzdrojach. Również on doczekał się pamiątkowej tablicy, którą można znaleźć na skwerze przy Domu Turysty.

Mieszkańcy miasta wspominali, że Trost leczył z poświęceniem – nie był tylko lekarzem, ale i prawdziwym humanistą niosącym pomoc każdemu. Britta Wuttke, która również pod jego wpływem wybrała studia medyczne wspomina:

Mówiąc o Troście, każdy, nieważne Polak i Niemiec, zaczynał od słów: „O! To był lekarz!”.

Do legendy przeszła historia o tym, jak doktor Trost z lekarską torbą w ręku skakał po krach na zamarzniętej Świnie, by nieść pomoc mieszkance Świnoujścia. W mieście odciętym od świata przez lód nie było wtedy lekarza. Mieszkańcy Świnoujścia stojąc na dwóch brzegach Świny z drżeniem serca obserwowali jako leciwy już doktor pokonuje niebezpieczną drogę.

Historia Alfreda Trosta jest tyle piękna, co tragiczna. Jego żona i córka padły ofiarą radzieckich żołnierzy. Pierwsza popełniła po tym samobójstwo, druga ciężko zachorowała.

Losy Britty Wuttke zostały przedstawione w dwóch filmach zrealizowanych przez Kulik Film: „Złodroże” oraz „Sploty jednego warkocza”. Filmy są dostępne online

Park im. Fryderyka Chopina w Międzyzdrojach