... znajduje się na szlaku Archipelag Pamięci. Zobacz mapę szlaku.

Skarby: marzenia i problemy

Tablica znacząca szlak znajdująca się na terenie Grodziska w Lubinie

Polscy osadnicy, którzy przybyli na wyspy po 1945 r. nie mieli ze sobą prawie niczego. Na Archipelagu znajdowały się jednak w pełni umeblowane domostwa, gospodarstwa czy zakłady rzemieślnicze. Nawet najlepiej wyposażone budynki nie rozwiązywały największego problemu osadników, którym był dostęp do żywności i podstawowych produktów potrzebnych w codziennym życiu. Często o losach rodziny decydowała odrobina szczęścia. Cenny sprzęt gospodarczy, drogocenne przedmioty lub innego rodzaju kosztowności pozostawione przez poprzednich mieszkańców Archipelagu można było sprzedać niejednokrotnie za bardzo wysoką cenę.

Powszechne było przekonanie, że Niemcy przed opuszczeniem Archipelagu zdążyli ukryć swoje najcenniejsze rzeczy. Tak zrodził się mit o wywożeniu prywatnych skarbów na wyspy na Zalewie Szczecińskim. Gdzie indziej mówiono o podwójnych ścianach i ukrytych pomieszczeniach w piwnicach, przekopywano ogródki i sady. Przez kilkadziesiąt lat wyobraźnię pobudzały ruiny, a zwłaszcza ogromne podziemia pałacu von Appenburg, znajdującego się między Mokrzycą, a Sułominem. Pamiętająca średniowieczne czasy budowla musi kryć jakieś skarby – myślano. Co jakiś czas rybacy znajdowali w sieciach cenne przedmioty. Swoją legendę posiadała też znajdująca się na Dziwnie Wyspa Chrząszczewska. Stacjonujący tam oddział SS miał bornić się – z niezrozumiałych bliżej powodów – aż trzy miesiące. Co starano się wywieźć z wyspy? A może dobrze na niej ukryć? Mit o poniemieckim złotym runie pobudzał wyobraźnię Wyspiarzy przez wiele dziesięcioleci.


Dostępność drogocennych przedmiotów rodziła również problemy. Pobudzała ludzką chciwość. Na Archipelag przybywali ludzie rządni łatwego zysku, który często odbywał się kosztem słabszych. Szabrownicy spustoszyli ten region, pozbywając go najcenniejszych dóbr kultury. Po wojnie bogactwo Archipelagu rodziło marzenia o lepszym jutrze, było też jego przekleństwem.


Marzenia

fot. A. Kubasik

W tamtych czasach nie było mowy o wykrywaczu metali. Posługiwano się długim szpikulcem osadzonym na drągu, którym przeszukiwano ziemię. Obraz mężczyzn penetrujących w ten sposób okolice zapadł w pamięć wielu naszym rozmówcom. Przez wiele lat pływano na wyspy z nadzieją na odnalezienie tam skrzyni z cenną zastawą, a może nawet złotem. Dokładnie przeczesano też wszelkie piwnice. Być może z tej przyczyny z imponujących niegdyś podziemi pałacu von Appenburg zostało tak niewieleo. Przeszukane, z wyburzonymi ścianami, uległy zawaleniu.

Od czasu do czasu znajdywano co cenniejsze przedmioty. Często były to właśnie drogie zastawy kuchenne, czy srebrne sztućce. Jak opowiadała nam jedna z mieszkanek Międzywodzia:

Szabrownicy tutaj byli, każdy czegoś szukał na własną rękę. Chodzili z różnymi szpikulcami, piwnice rozkopywali, szukali. Ale często znajdowali tylko pościel, słoiki, raczej złota nie było. Ogromny szaber odkryli pod jedną restauracją. Tam były sztućce różne. Dwoma samochodami to wywozili.

Prawdziwy skarb znalazł w latach pięćdziesiątych mieszkaniec Lubina. Nie pozostawili go jednak opuszczający miejscowość Niemcy, lecz… Wikingowie lub wędrowni arabscy kupcy. Na swojej działce odkrył on ponad 100 dirham, czyli arabskich monet z końca X w. To w tym właśnie miejscu znajdował się wczesnośredniowieczny słowiański gród strzegący wyspy Wolin (obecnie miejsce można zwiedzać rozkoszując się przepięknym widokiem oraz kawą i przekąskami).

fot. A. Kubasik

W latach pięćdziesiątych głośno zrobiło się natomiast o pewnym pastuchu z okolic Wolina. Na pobliskim półwyspie Rów wypasał on krowy. Pewnego dnia postanowił kupić dom, stał się zamożnym człowiekiem. Odpowiednie służby zainteresowały się tak nagłym przypływem gotówki u hodowcy bydła. Urzędnicy dociekali skąd pastuch miał pieniądze na zakup domu. A pokażę wam skąd! – odpowiedział nowy bogacz. Zabrał zainteresowanych na Rów i w krótkim czasie zebrał nieco złotych przedmiotów. Jak się okazało, zbierał je tak przez kilka lat. Płynąca obok Dziwna wyrzucała co jakiś czas kosztowności na te łąki. Były to przedmioty należące do Niemców, których barki zatopiono w momencie ucieczki z wyspy Wolin. Kilkanaście lat później tragedia uciekających spowodowała, że wypas krów stał się niezwykle intratnym zajęciem.

Takie i pomniejsze historie rozpalały wyobraźnie mieszkańców Archipelagu przez wiele, wiele lat. Najpierw ze szpikulcem, potem z wykrywaczem metalu, urządzali wyprawy do lasu, a także na wyspy przy Starej Świnie. Każda z nich mogła być wyprawą po złote runo, poszczęściło się jednak niewielu.


Problemy

Mieszkańcy Archipelagu po wojnie często spotykali się niestety również z szabrownikami, którzy przyjeżdżali tu z różnych części Polski, tylko po to, by ukraść jak najwięcej wartościowych przedmiotów i wywieźć je na sprzedaż. Działania te szkodziły osadnikom i niszczyły kulturę materialną regionu, były jednak zjawiskiem trudnym do wyrugowania z rzeczywistości „polskiego Dzikiego Zachodu”.

Motyw szabru był jednym z najczęściej pojawiających się wspomnień naszych rozmówców. Określenie to jest wieloznaczne. W potocznym języku określa się tak zarówno czynności (poszukiwanie ukrytych, cennych przedmiotów lub rozkradanie domów) jak i przedmioty (znalezione lub ukradzione). Można powiedzieć, że ludzie „zajmowali się szabrem” lub „szabrowali”, czy też, że „w tym czasie powszechny był szaber” – w tych wypadkach mówimy o czynności. Z drugiej strony, mówi się też, że „znaleziono duży szaber”, czyli wiele wartościowych rzeczy.

Wieloznaczność określenia nie polega jedynie na zastosowaniu go jako czasownika i rzeczownika jednocześnie. Mianem szabru określa się również potocznie czynności nie mające ze sobą wiele wspólnego. Czym innym jest przecież poszukiwanie w lasach, czy na wyspach drogocennych przedmiotów, a czym innym rabunkowe rozkradanie, którego celem jest jak najszybsze i najłatwiejsze wzbogacenie się kosztem innych. Pierwsze ze zjawisk pod hasłem nawiązującym do mitycznych poszukiwań skarbu. Drugim zajmiemy się szerzej tutaj.

Przytoczmy opowieść jednej z mieszkanek Lubina, Pani Wenaty:

Zaczęli przyjeżdżać na Zachód tutaj różni i kombinować, wywozić. Niemcy byli dosyć bogato wyposażeni i oni to wywozili. My nie mieliśmy nic, to jak zaczęli ci kombinatorzy przyjeżdżać, to im się to podobało, to tamto, a to zegar, a to lustro. No i mówili: „za to dostanie Pani kawał słoniny, czy kiełbasy, kilo cukru”.

W tej opowieści wyraźnie widoczny jest problem wykorzystywania nieszczęścia innych. „Kombinatorzy” żerowali na nieszczęściu osadników, by za niewielką ilość pożywienia „odkupić” drogocenne przedmioty.

Pan Marian z Ładzina, podkreślał również skalę i bezwzględność szabrownictwa:

Tu było pełno szabrowników, tu tak szabrowali, jak nie wiem. Niemcy myśleli, że Polacy – katolicy, to wzięli do kościoła na wieżę cały majątek. Myśleli, że nikt nie ruszy. A ci przyszli wszystko wzięli, zabrali. Mówię wam szabrowników było strasznie dużo. Przyjeżdżali z centralnej Polski i jak tak zobaczyli, że dom jest pusty, ale na łóżkach wszystko było, pierzyna, pościel… to potem pełno pierza latało. Wycinali i materiały tylko zabierali.

Świnoujski historyk, dr Józef Pluciński zwracał nam uwagę, że szabrowali również przedstawiciele organów władzy, którzy często jako pierwsi pojawiali się na tych terenach:

W Lubinie to co się stało z fabryką cementu… Ona w 1946 r. jeszcze pracowała. Tam jeszcze Niemców nie wysiedlili, a już włazili szabrownicy. I to byli ludzie z Wojsk Ochrony Pogranicza, z milicji.

Z zasłyszanych przez nas wspomnień wynika, że szabrownicy towarzyszyli życiu osadników przez kilka lub kilkanaście pierwszych miesięcy. Często jednak to właśnie szabrownicy pojawiali się w danej miejscowości jako pierwsi. Opowiada mieszkaniec Karsiboru Pan Jan, w pierwszych latach po wojnie żołnierz:

Dopiero w 1958 r. roku osiem rodzin repatriantów tu przyjechało. A później jeszcze 2 rodziny przyjechały. A tak to tu byli wcześniej tylko szabrownicy. Mieli takie żelastwa i szukali tego szabru. Tu dużo szabru zakopali Niemcy…

Z jego opowieści wynika, że w niektórych przypadkach Niemcy próbowali odzyskać część ukrytych przez siebie przedmiotów. Wynikały z tego trudne sytuacje.

Przed tym jeszcze to przyjechali Niemcy i wykopywali.. to my złapali przecież Niemców… I później my ich trzymali i na morzu było spotkanie i ich zabrali. To było w 1952 albo 1953 roku. Niemcy wiedzieli gdzie było co pochowane…

Zjawisko szabru przeanalizowała również Beata Halicka w swej książce „Polski Dziki Zachód. Przymusowe migracje i kulturowe oswajanie Nadodrza” (Kraków 2015: 220). Szabrowników określa ona jako:

Grabieżców i złodziei, którzy wykorzystali chaos panujący na „Polskim Dzikim Zachodzie” w celu wzbogacenia się. Pojawili się w Nadodrzu praktycznie razem z frontem, często jeszcze przed kadrą urzędnicza. Wielu z nich pochodziło z Polski centralnej lub z sąsiednich regionów, później dołączyli do nich liczni Polacy z Kresów (…) Ale w szabrujących bandach można było znaleźć również ludzi innych narodowości, przede wszystkim byłych radzieckich robotników przymusowych oraz Niemców. Określano ich ogólnie mianem „Rosjan” ponieważ przeważnie nosili stare radzieckie mundury (…) Szabrowników, którzy nie nosili mundurów Armii Czerwonej i mówili po polsku, trudno było odróżnić od prawdziwych osadników, ponieważ często meldowali się w urzędach jako osadnicy.

Zjawisko zorganizowanego szabru doskonale pokazuje film „Prawo i pięść” z 1964 r.
Jak się okazuje, szaber miał często charakter prawie formalny, a na pewno był dobrze zorganizowany. Halicka przywołuje wspomnienia urzędniczki do spraw osadnictwa ze Szczecina, Ireny Szydłowskiej, która opisywała miejscowość Nowe Warpno, znajdującą się po przeciwnej stronie Zalewu Szczecińskiego. Szydłowska pisała:

Swoistym okazem „Dzikiego Zachodu” było Nowe Warpno – przed wojną bardzo zamożne miasteczko, pełne jeszcze wtedy Niemców. Wobec tego, że leży ono na samej granicy wszechwładnym panem był tu WOP (Wojska Ochrony Pogranicza). Wopiści ustalili godzinę policyjną na 17.00. Po tej godzinie nie tylko ludność niemiecka i nieliczni jeszcze osadnicy polscy, ale i milicjanci nie mieli prawa pokazywać się na ulicy (…) Potem opowiadano mi w Nowym Warpnie, że wszelacy dostojnicy nie tylko ze Szczecina, ale i z Warszawy, wywozili pełne ciężarówki mebli, dywanów, sprzętów domowych i różnych niemieckich „objects d’art”, właśnie z tego odległego miasteczka, w którym nie było innej kontroli niż WOP. Już wiedziałam po co była godzina policyjna.

Brak funkcjonujących instytucji państwowych, swoiste bezprawie, które przeradzało się w prawo silniejszego oraz bieda i chęć rewanżu na wszystkim co niemieckie. To wszystko stwarzało warunki do rozwoju szabrownictwa. Ogromne znaczenie miało tu także poczucie niepewności odnośnie przyszłości – zarówno własnej, jak i tych ziem. Zastanawiano się, jak długo regiony te pozostaną w granicach państwa polskiego, stan obecny traktowano jako przejściowy. Dlatego, dla tak wielu ludzi wszystko co znajdowało się na Archipelagu i całym polskim Dzikim Zachodzie, było przede wszystkim łatwym łupem.

Grodzisko w Lubinie