... znajduje się na szlaku Archipelag Pamięci. Zobacz mapę szlaku.

Trudne początki

Tabliczka znacząca szlak znajdująca się na terenie Muzeum V3 w Zalesiu

Osadnicy przybywali na Archipelag z różnych regionów II Rzeczpospolitej (aby dowiedzieć się więcej na ten temat udaj się na Dworzec Kolejowy w Międzyzdrojach). Wywodzili się z różnych grup społecznych, byli przedstawicielami odmiennych kultur. Na powojennym Archipelagu mieszały się więc języki, obyczaje i tradycje. Pomimo wielu różnic, osadników połączyła konieczność poradzenia sobie w rzeczywistości zupełnie innej niż ta, do której byli przyzwyczajeni. Realia, które zastali oni na Archipelagu zdecydowanie odbiegały od świata, w którym żyli do tej pory.

W krótkim czasie osadnicy musieli zdobyć zawód, który mógł przynieść im utrzymanie. Osoby pracujące wcześniej na roli nie miały kłopotów ze znalezieniem kawałka gruntu nadającego się pod uprawę. Jednak wielu ludzi musiało nauczyć się zupełnie innego zawodu niż ten, który uprawiali przed przesiedleniem. Kontynuowanie pracy śpiewaczki operowej lub trenera tenisa ziemnego na powojennym Archipelagu nie było możliwe. Żyjąc do tej pory w miastach często nie byli przyzwyczajeni do realiów panujących na wyspach. Jak relacjonowała nam Pani Wenata z Lubina:
Fot. A. Kubasik

A tu wody nie było, światła nie było. Każde gospodarstwo miało swoją studnie… ale prądu nie było… myśmy tu byli zagubieni, bo mieszkaliśmy w mieście, a tutaj pustka, jest dach nad głową, ale nie ma nic.

Aby przetrwać osadnicy musieli błyskawicznie nauczyć się żyć na nowo. Wielu z nich znajdowało pracę w rybołówstwie, będącym ważną gałęzią gospodarki otoczonego wodą Archipelagu. Nie była to jednak łatwa praca i wymagała od osadników dużego poświęcenia (aby dowiedzieć się więcej na ten temat udaj się do Mariny w Wapnicy).



Fot. A. Kubasik

Standard życia na Archipelagu był zróżnicowany. W wielu miejscowościach prąd nie był dostępny. W części wiosek nawet do lat 50-tych pomieszczenia oświetlano przy użyciu lamp naftowych lub gazowych. Dla osadników najtrudniejsze były pierwsze dni po przybyciu na Archipelag. Byli zmęczeni długą podróżą, trwającą często kilka dni. Brakowało im praktycznie wszystkiego. Nie mieli jedzenia. Jak opowiadała nam Pani Wenata w takich momentach bezcenne okazywały się produkty i przetwory pozostawione przez Niemców:

Tu jak przyjechaliśmy w listopadzie to leżały jeszcze jabłka, to się tymi jabłkami żywiliśmy. Ewentualnie po piwnicach jak gdzieś były słoiki to jak się znalazło to jedliśmy. Jakiś węgorz w słoiku czy inna ryba albo owoc, a tak to ciężko było…

Sklepy oddalone były o kilka lub nawet kilkanaście kilometrów od miejsca zamieszkania, a droga do nich – szczególnie zimą – nie należała do najprostszych, kontynuowała Pani Wenata:

Sklepów nie było, trzeba było chodzić do Dargobądza. Przez las jest bliżej, chodziliśmy przez las zimą, ale to jest 8 km, może 10. Byliśmy głodni, ale tam przydzielali kila mąki, kilo cukru, soli, zależy ile osób było, jakaś margaryna, kawałek chleba. Trzeba było tam iść i z powrotem, bo nie było czym dojechać (…) Kiedyś, jak szliśmy do domu ze sklepu, to ja byłam najmłodsza, szłam i prawie pół bochenka chleba zjadłam i potem mnie gryzło sumienie, że nie dostarczyłam całego bochenka do domu…

Przyrząd wykorzystywany po wojnie do łapania węgorza, fot. A. Kubasik
Opuszczając swoje domy osadnicy nie mogli zabrać zbyt wielu rzeczy. Przybywając na wyspy nie dysponowali przedmiotami potrzebnymi w codziennym życiu. Mieszkańcy Archipelagu niejednokrotnie wspominali o tym, jak cenne były dla nich w tamtym czasie rzeczy pozostawione przez Niemców. Zdarzało się, że osadnicy trafiali na gospodarstwa w pełni przygotowane do zamieszkania. Jak opowiadał nam mieszkający w Mokrzycy Pan Zalewski:

 Niektórzy to wchodzili, jakby świeczkę zapalił, to od razu był mógł mieszkać, zrobić strawę.

Na wyspach śladów wojny nie brakowało. Duże znaczenie dla lokalnej społeczności miały również pozostałości sprzętu wojskowego. Część sprzętu została zagospodarowana przez wojsko polskie lub Armię Radziecką. Wiele wraków statków czy samolotów leżało jednak tam, gdzie zostały zestrzelone lub zatopione w czasie działań wojennych. Często sprzęt ten służył cywilom do celów zupełnie innych niż te, do których był pierwotnie przeznaczony. Z wraków samolotów wykręcano śruby i spuszczano paliwo. Czasami dzięki zdobytym częściom udało się naprawić traktor lub kuter rybacki. O tego rodzaju sytuacjach opowiadał nam między innymi Pan Jan, jeden ze starszych mieszkańców wyspy Karsibór:
Fot. A. Kubasik

Karsiboru nie bombardowali, ale tutaj jeden samolot zestrzelili. A wtedy śrubki trudno było kupić. Jak my rybaczyli, to trzeba było iść do tego samolotu wykręcić to co nam było potrzebne i naprawić.

Czasami jednak powojenne znaleziska przyczyniały się do czyjegoś kalectwa lub nawet śmierci. Dotyczyło to szczególnie dzieci, które penetrowały bunkry w poszukiwaniu broni i niewybuchów. O tego rodzaju wydarzeniach opowiadał nam Pan Marian, mieszkaniec Ładzina:

Ja jeździłem do szkoły do Międzyzdrojów, a potem wracaliśmy na piechotę. My chłopaki, a tu pełno było bunkrów i amunicji. Milicja latała za nami żeby nam to wszystko zabrać, ale my zawsze jakiś sposób znaleźliśmy i chowaliśmy różne rzeczy. Książkę, zeszyty za koszule dawaliśmy, a do torby amunicji pełno ładowaliśmy. Wieczorem to był tylko huk i strzały było słychać. W mojej klasie w Międzyzdrojach to granat jeden rozbierał na lekcji, to rękę mu urwało. Dużo dzieci kalekich zostało. Klucz brali i rozkręcali, a to dziadostwo wybuchało.

Muzeum V3 w Zalesiu