... znajduje się na szlaku Archipelag Pamięci. Zobacz mapę szlaku.

Zasiedlanie archipelagu

Tablica znacząca szlak znajdująca się w pobliżu Dworca Kolejowego w Międzyzdrojach

Po wojnie już samo dotarcie na wyspę Wolin stanowiło nie lada wyzwanie. Opowiadał nam o tym miedzy innymi Pan Marian, mieszkaniec Ładzina, niewielkiej wioski położonej pośrodku wyspy:

Mosty pozrywane były, ludzie dojeżdżali do brzegu i jakoś kombinowali. A mój ojciec inaczej wykombinował. W Szczecinie dogadał się, czyli przekupił, człowieka co barką pływał do Świnoujścia. I myśmy na tę barkę się załadowali. A ze Świnoujścia do Wolina dwa razy dziennie jeździł po torach samochód. I tak żeśmy już tu dojechali.

Taką tułaczkę, lądem i wodą, odbywali ludzie z najróżniejszych stron Polski. Największą grupę stanowili na Archipelagu przybysze z centrum kraju i Wielkopolski, prawie jedną trzecią stanowili zaś mieszkańcy terenów wschodnich, które w 1945 r. przyłączono do Związku Radzieckiego. Nie brakowało przybyszów z południa Polski, takich jak opowiadający powyższą historię Pan Marian. Liczną grupę stanowili też rodacy powracający z prac przymusowych w Niemczech.



Ziemie Zachodnie i Północne, w tym nasze wyspy, stały się więc swoistą wieżą Babel, w której można było usłyszeć najróżniejsze języki i gwary oraz zobaczyć, jak różnią się od siebie poszczególne sposoby obchodzenia świąt, czy też po prostu nawyki życia codziennego.

Władze PRL dążyły do wykrzewienia obyczajów, które osadnicy przywieźli ze sobą z rodzinnych domów. Uważano je za przeżytki. W ich wizji na tych terenach miało wykształcić się nowe, socjalistyczne społeczeństwo polskie. Tradycje kulturowe nie zanikają jednak tak łatwo. Dla wielu przybyszów stawały się one namiastką pozostawionego domu. Dlatego niezwykle ciekawym  zjawiskiem było ich mieszanie sie i łączenie tradycji skłądających sie na mozaikę kulturową Archipelagu. Dla osadnikow zaś wyzwaniem, szkołą tolerancji, było nauczenie się życia w tak zróżnicowanej społeczności.

Kadr z filmu „Prawo i pięść” z 1964 r.

Krótko przed tym, jak nowi mieszkańcy przybyli na Archipelag, zostali oni zmuszeni do opuszczenia swych rodzinnych domów. Osadnicy przybywali na wyspy nie tylko nie będąc pewnymi przyszłości, ale również pełni rozpaczy po utraconej, małej ojczyźnie. Trauma przesiedlenia towarzyszyła im przez wiele lat. Z pewnością utrudniała ona adaptację na Archipelagu oraz zaangażowanie się w budowę nowego świata.

Jak funkcjonowała ta mieszanka kulturowa? Ze wspomnień mieszkańców Archipelagu wynika, że całkiem nieźle. Oczywiście zdarzały się napięcia, kłótnie i spory, które przy różnych okazjach – szczególnie w trakcie sobotnich zabaw – przeradzały się w bójki. Pani Jadwiga, mieszkanka Lubina opowiedziała nam historię o niemiłym przyjęciu jej rodziny  oraz ich towarzyszy  przez przybyłych tu wcześniej osadników ze wschodniej polski:

Pani M., co tu niedaleko mieszka, wtedy była panienką i wychodziła za mąż. Nasze chłopaki poszli na to wesele, żeby pośpiewać, żeby się pobawić. Wracają z wesela i mówią, że oni nas tu nienawidzą. Powiedzieli im: „po co wyście tu, złodzieje, przyjechali?”. Mówili: „uciekać, bo przyjechaliście nas okraść!”.

Ile to trwało, za nim się wszyscy ze sobą ułożyli? – pytamy.

Tak ze dwa miesiące.

Można wysnuć wniosek, że konflikt ten wynikał nie tyle z różnic kulturowych, co z obawy o własny byt i dobra – ziemię, narzędzia, domy. Można zrozumieć obawy ludzi, którzy w tak trudnych i niepewnych czasach zdołali jakoś poukładać sobie życie, a przybycie nowych osadników kojarzyło im się z groźbą zburzenia tego porządku. Nie wiedzieli kim są te osoby, po co przyjechały, jakie są ich zamiary. Również ci nowi osadnicy pełni byli niepokoju, martwiąc się, że w ich nowym domu nie będzie dla nich miejsca. Po jakimś czasie wszystko się jednak uspokoiło, zarówno jedni, jak i drudzy zrozumieli, że współpraca przyniesie największe korzyści dla wszystkich.

Różnorodność tego migracyjnego kolażu nie wynikała jedynie z pochodzenia regionalnego czy etnicznego. Co równie ciekawe, wśród osadników znajdowali się ludzie pochodzący z różnych sfer społecznych, zajmujący się bardzo różnymi profesjami. Wszyscy oni musieli radzić sobie w nowej rzeczywistości, w której dawne umiejętności i nawyki okazywały się często niezbyt przydatne. Sytuację tę znakomicie obrazuje historia rodzinna jednej z mieszkanek Lubina, Pani Wenaty:

Moja mama była aktorką teatru wileńskiego Lutnia, który do tej pory istnieje. Tatuś robił trzy lata studia prawnicze, ale tam mu nie wyszło. Przeszedł na konserwatorium muzyczne – śpiew. Pracował jako urzędnik państwowy w Dyrekcji Kolejowej, ale też śpiewał arie operowe. Nie był aktorem opery, ale czasem śpiewał tam arie.

Możemy wyobrazić sobie jak trudno ludziom przywykłym do życia w mieście, wywodzącym się ze środowiska artystycznego, było przystosować się do trudnych warunków życia na Archipelagu. Opowiadała nam o tym właśnie Pani Wenata:

Nie było pracy. Tu byli rybacy, głównie Niemcy i trzeba było na chleb zarobić. Rodzice mieli papiery, które świadczyły o tym, że mają doświadczenie w kierunku kulturalno-oświatowym i zaczęli tu mobilizować… Chociaż głód był, pieniędzy nie było, ale chociaż trochę śmiechu, trochę żartów… Zaczęli organizować taki objazdowy teatrzyk. Tu u nas na wsi, tam na wsi, Przytór, do Świnoujścia, Międzyzdroje. Jakiś grosz był… To żaden grosz, ale jakieś zajęcie było, ludzie się mobilizowali, zjednoczyli się. Aha, jeszcze mamusia zajmowała się malarstwem, skończyła konserwatorium muzyczne, a potem Akademię Sztuk Pięknych w Wilnie. Robiła różne obrazy i takie makatki, bieżniki, sprzedawała po wsi. I tak myśmy się utrzymywali.

Opowieść Pani Wenaty znakomicie pokazuje, jak bardzo ludzie potrafią przystosować się do istniejących warunków i jak zaskakujące mogą być ich losy:

W 1949 r. tu powstała spółdzielnia rybacka Certa. Mój maż wtedy pracował w spółdzielni rybackiej w Wolinie, a potem tu w Cercie został przewodniczącym. I tak przewodniczył osiemnaście lat. A przed wojną mąż był trenerem tenisa ziemnego w Kaliszu, potem wyjechał na roboty przymusowe do Niemiec i tak trafił tutaj.

Aktorka wileńskiego teatru Lutnia, urzędnik śpiewający arie operowe, trener tenisa ziemnego… Wszyscy musieli nauczyć się żyć na nowo. Jedni, starali się wykorzystać swoje dawne umiejętności i doświadczenia, inni budowali swój świat zupełnie na nowo. Wszak ryby było w bród, a kortów tenisowych raczej brakowało.


Dworzec Kolejowy w Międzyzdrojach